To miał być naprawdę słoneczny poranek. Wystarczyło kilka godzin, by słońce pozostało wspomnieniem, a jego miejsce zajęły ciemne chmury. Niedługo potem zaczął padać deszcz ze śniegiem. Taka aura była scenerią dla ostatniego pożegnania o. Floriana, który nagle, bez szczególnych przygotowań i bez pytania innych o zdanie, przeszedł na drugą stronę życia. 

Był cystersem i kapłanem. Człowiekiem bardzo ciekawym świata i ludzi. Realizował swoje podróżnicze pasje, na różnych drogach spotykał jeszcze różniejszych ludzi. Dla nich był ojcem, doradcą, spowiednikiem, drogowskazem oraz punktem odniesienia do czegoś więcej niż tu i teraz.

Szedł własną drogą, ale zawsze z placetem Zakonu. Zawsze w Kościele i dla Kościoła. Pośród wielu wspomnień, którymi w ostatnich dniach dzielili się z nami mieszkańcy, na pierwszy plan wysuwa się jego optymizm. Trochę natarczywy, pozbawiony zdroworozsądkowych kalkulacji. Zaraźliwy wręcz. Ojciec Florian niósł nadzieję, wnosił światło, pobudzał do radości. To działanie odnosiło wprost do Boga, w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Jesteśmy zanurzeni w woli Boga, w Jego rzeczywistości, a to sprawia, że wszystko, absolutnie wszystko, doświadczane radości i cierpienia, trudności, zranienia, wszystko to nie jest celem samym w sobie. Lecz może być drogą i środkiem do odnalezienia się w miłosiernym, dobrym, kochającym Bogu. Taki był sens jego wszechobecnego optymizmu.

W sobotę wieczorem, po tym, jak wszyscy stanęliśmy w świadomości jego odejścia, długo szukaliśmy jego zdjęcia. Takiego, które można byłoby umieścić na stronie internetowej z informacją o śmierci i datą pochówku. Poszukiwania nie przynosiły efektów. Jedyne zadawalające zdjęcie w naszym archiwum pochodzi z dnia obłóczyn brata Kajetana. To nam uświadomiło jeszcze jeden fakt. Ojciec Florian zawsze był blisko najmłodszych współbraci, towarzyszył im swoją obecnością i modlitwą w ważnych chwilach zakonnej formacji, podczas obłóczyn czy pierwszych ślubów. Szczerze się nimi cieszył. Zawsze przystawał przy młodych, zagadywał, klepał po ramieniu i kazał odważnie iść do przodu. Młodzi kochali go za tę serdeczność. Dlatego bez wahania wsiedli w pociąg i powrócili z seminarium na pogrzeb, mimo, że po świątecznej przerwie, wyjechali z Wąchocka do Katowic dwa dni wcześniej.

Wiele osób umiera w ostatnim czasie. Na tablicach w małym Wąchocku niemal codziennie pojawiają się nowe klepsydry. Wśród nich ta z nazwiskiem naszego Współbrata. Wtorkowy pogrzeb był bardzo zwyczajny. Wczesna godzina nie pozwoliła na uczestnictwo wielu z tych, którzy chcieli. Krótko przed godziną 10.00 przy Starej Aptece cała Wspólnota wyszła na przywitanie doczesnych szczątków swojego konfratra. Po zwyczajowych modlitwach wprowadziliśmy jego ciało do kapitularza, gdzie zgodnie z cysterskim zwyczajem miało oczekiwać na rozpoczęcie pogrzebowej celebracji. Mszy św. przewodniczył o. Edward Stradomski, opat z archiopactwa jędrzejowskiego, obecny był ks. Stanisław Pindera, infułat i wikariusz biskupi, przybył ks. Daniel Kobierski, wicedziekan, przyjechał o. Wincenty Zakrzewski, przeor z Mogiły wraz ze współbraćmi, oraz inni kapłani diecezjalni i zakonni. Nie zabrakło Rycerzy Kolumba i Strażaków. Po wstępnych obrzędach w kapitularzu procesjonalnie przeszliśmy do kościoła klasztornego, by tam złożyć Najświętszą Ofiarę za duszę ojca Floriana. Jego życiową drogę przypomniał w kazaniu o. Eugeniusz Augustyn, opat wąchocki.

Zbigniew Jan Rosiński urodził się w 1959 roku w Trębaczewie (woj. łódzkie), był synem Janiny i Stanisława. Został ochrzczony w parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Lubani n. Pilicą. W 1985 roku wstąpił do wąchockiego opactwa i otrzymał imię Florian, rok później złożył pierwszą profesję monastyczną, zaś w 1991 roku na ręce opata Alberyka Siwka złożył śluby uroczyste. W 1992 roku został wyświęcony na kapłana przez sufragana archidiecezji katowickiej, ks. bp. Gerarda Bernackiego. Po święceniach podejmował obowiązki duszpasterskie w klasztorach cysterskich w Wąchocku i Krzeszowie oraz za granicą, na terenach byłego Związku Radzieckiego oraz w Ameryce Północnej. Rozpoczął też przewód doktorancki z Pisma Świętego. Pan zamknął jego oczy w Oktawie swojego chwalebnego Zmartwychwstania.

Msza św. celebrowana wokół trumny śp. o. Floriana i przyjęta w jego intencji Komunia św. były najlepszym, co moglibyśmy mu dać. W obliczu śmierci, trudno jest o lepszą, bardziej niezwykłą, formę pamięci, jak sprawowanie Najświętszej Ofiary, podczas której niebo łączy się z ziemią. A Jezusowa Krew obmywa grzechy i wyjednywa życie wieczne. Na temacie Eucharystii koncentrowało się też Słowo Boże, głoszone przez Opata na kanwie ewangelii o uczniach zdążających do Emaus i poznających Pana na łamaniu chleba.

Kondukt żałobny, który po Mszy św. wyruszył na parafialny cmentarz, nie był bardzo liczny. Kapłani, rodzina, parafianie, wszyscy szli w zacinającym śniegu z deszczem. W cysterskiej kwaterze, niemal na szczycie, złożono szczątki mnicha, kapłana, dobrego człowieka – ojca Floriana. Teraz już wszystko pozostanie wspomnieniem, próbą retrospekcji, wdzięczną modlitwą. Ojciec Florian już wie wszystko, my pozostajemy w drodze.

„Droga do Emaus rozpościera się także przed nami i my stoimy przed próbą rozeznania u jej kresu Tego, który jest Panem życia, który nieustannie łamie dla nas chleb i ciągle zaprasza nas na swoją Eucharystyczną ucztę.

Oby każdy z nas rozpoznał Jezusa osobiście i oby Chrystus rozpoznał każdego z nas, gdy przed Nim staniemy. A zatem, życzmy sobie nieba”.
(z kazania pogrzebowego)

















 

tekst i zdjęcia: fr. Bruno Ł. Paterewicz OCist
 
 
Strona główna   Cystersi   Opactwo   Parafia   Patriotyzm   Galeria   Polecane   Kontakt Projekt i wykonanie www.imoli.pl