Prezentujemy Dziennik z autostopowej podróży jaką odbyliśmy od 9 do 16 lipca 2011 roku. Nasz cel - Rzym, został osiągnięty. Wyprawa przerosła wszelkie nasze oczekiwania i za to Bogu Najwyższemu chwała. Dziękujemy też wszystkim, którzy życzyli nam dobrze. Jesteście w naszych sercach i w modlitwie. Wszystkim czytelnikom życzymy miłej lektury.

Elizeusz OFM & Bruno OCist.


ZOBACZ GALERIĘ TUTAJ.

8 lipca 2011 piątek


Tego dnia mieliśmy spotkać się wieczorem w seminarium w Panewnikach. To był pierwszy i ostatni moment, kiedy mogliśmy wspólnie ustalić trasę przejazdu, obgadać szczegóły i spakować potrzebne rzeczy. Bruno postanowił zrobić małą rozgrzewkę przed planowaną na następny dzień wyprawą i przyjechał do Katowic autostopem. Z pełnym sukcesem! Zaplanowane „dogrywanie szczegółów” zamieniło się w spotkanie braterskie, same zaś szczegóły musiały zaczekać na poranek.


9 lipca 2011 sobota


Budzik niemiłosiernie zwlókł nas z łóżek o 5.50. Pospieszna próba spakowania się w jeden plecak nie przebiegła tak pomyślnie, jak sobie tego życzyliśmy. O 6.45 poszliśmy na Eucharystię, której przewodniczył o. Paweł, potem śniadanie, pożegnania, poklepywanie i znowu pożegnania – tak bez końca – na szczęście kilka kapłańskich dłoni czyniło nad nami znak Krzyża św., obdarowując nas darem błogosławieństwa.


Późno, bo o 9.00, stanęliśmy w Piotrowicach, próbując złapać stopa w kierunku Skoczowa. Bruno przygotował dwie tabliczki, na pierwszej napisał „Cieszyn”, na drugiej narysował uśmiechnięty emotikon. Elizeusz opatrywał pierwsze otarcia kostek – nowe sandały to nie był najlepszy pomysł. Nie minęło 10 minut i siedzieliśmy w aucie wesoło gawędząc z naszym pierwszym kierowcą. Dwa tematy – historia i polityka. Meta – Cieszyn, stare miasto. Podjęliśmy błyskawiczną decyzję o odwiedzeniu fr. Szczepana OFM, będącego w tych dniach w cieszyńskim klasztorze. Opłaciła się nam ona z kilku powodów: wypiliśmy dobrą kawę, spałaszowaliśmy melona i dostaliśmy kilka cennych (jak się okazało) rad od o. Efraima OFM. Szczepan wywiózł nas aż na granicę. Nie było tam dobrego miejsca do zatrzymywania samochodów, ale tuż po Aniele Pańskim zatrzymał się wóz, jak się okazało - z Markiem za kierownicą. Zmierzył nas wzrokiem i zapytał, czy nie jesteśmy przebierańcami. Nie musieliśmy go długo przekonywać, zaprosił nas do auta i… zawiózł aż za Wiedeń!


Marek jest Polakiem mieszkającym do kilkunastu lat w Wiedniu. Zawiózł nas najpierw do Sankt Polten, gdzie znaleźliśmy klasztor franciszkański – nikogo nie zastaliśmy. Potem ruszyliśmy na południe. Meta: Lilienfeld – trzynastowieczne opactwo cysterskie. Postanowiliśmy zostać tam na noc. Przyjęto nas niezwykle życzliwie. Przeor zaprosił nas na kolację z całą wspólnotą. Wieczorem, pozostawieni sami sobie, postanowiliśmy rozejrzeć się po okolicy. Blisko godzinę spacerowaliśmy po wspaniałych, przeszklonych krużgankach i obserwowaliśmy najpierw deszcz, a potem grad, które z impetem uderzały w grube szyby. W samym klasztorze trwał festiwal muzyczny, stąd naszemu „zaglądaniu w każdy kąt” towarzyszyły takty kolejnych utworów. Z czasem wyszliśmy poza obręb opactwa. Szybka kalkulacja: jesteśmy w Austrii Dolnej – jaki tu może być produkt regionalny? Piwo! Siedząc w jakiejś miłej restauracji wypiliśmy po kuflu lokalnego specjału, potem jeszcze krótkie podsumowanie dnia i do łóżek. Obaj z trudem dokończyliśmy Kompletę – nadszedł zasłużony odpoczynek.


10 lipca 2011 niedziela


Niedziela. Wstaliśmy o 5.30, Jutrznia, pakowanie, kilka zdjęć, bo dzień wcześniej padły baterie i tuż przed 7.00 stanęliśmy naprzeciwko klasztoru, wyglądając wyłaniających się zza zakrętu aut. Mniej więcej po trzech dziesiątkach różańca podeszła do nas kobieta. Z uśmiechem wręczyła 10 euro, my nieco zdziwieni podziękowaliśmy i zapewniliśmy o naszej modlitwie, ona zaś zaczęła nerwowo zaprzeczać, tłumacząc, że nie mamy się za nią modlić, tylko kupić sobie za to coś do jedzenia i picia. Cóż, ofiarę spożytkowaliśmy według intencji darczyńcy! Po skończonym różańcu kolejnych 20 km podwozi nas mężczyzna, z którego wizytówki wyczytaliśmy, że jego nazwisko przełożone na język polski brzmiałoby Franciszek Rybak. Przed nami 30 km do Mariazell – głównego sanktuarium Austrii. Nie byliśmy jeszcze na Mszy, więc musieliśmy jakoś ją zaplanować. Ustaliliśmy, ze jeśli ktoś będzie jechał dalej niż Mariazell, to jedziemy z nim nie zatrzymując się tam. Nie zdążyliśmy dobrze zamachać – zatrzymało się małżeństwo. Droga zaczęła wić wspaniałe serpentyny, wyraźnie zaczęliśmy wjeżdżać w Alpy. Góra, dół, góra, dół i tak…30 km. Nasze małżeństwo jechało tylko do Mariazell, by stamtąd ruszyć na cały dzień w góry! To był kolejny raz, kiedy Pan nas zaskoczył i spojrzał z wielką miłością. Na placu przed bazyliką byliśmy o 8.45. Według planu najbliższa Msza była o 10.00. Wchodzimy do środka, wita nas kapłan i mówi, że o 9.00 będzie Eucharystia. Znów zaskoczenie i poczucie wdzięczności – to nic, że Msza będzie po węgiersku. Pan umocnił nas swoim Ciałem i Krwią oraz na nowo zapewnił o miłości i trosce. Powierzyliśmy siebie Matce Bożej i ufnie ruszyliśmy dalej. Tuż po wyjściu z kościoła skierowaliśmy kroki do budki, w której serwowano różności. Ledwie zamówiliśmy dwie kawy, podszedł do kontuaru jakiś mężczyzna, wyjął banknot i wręczając go za nas sprzedawcy, prosił o modlitwę. Istotny szczegół: miał na szyi Tau.


Przed 11.00 zaczęliśmy serpentynami schodzić niżej, szukając dobrego miejsca na łapanie stopa. Jak się okazało, metodą dnia w zatrzymywaniu kierowców było: „łapanie na różaniec”. Tuż po skończeniu kolejnej części siedzieliśmy wygodnie w przestronnym busie. Według ustaleń mieliśmy wspólnie przejechać ok. 70 km. Elizeusz „sokole oko” dostrzegł jednak na GPS, że meta, do której zdąża auto, jest oddalona o cztery i pół godziny jazdy! Podjęliśmy niełatwą w tym przypadku próbę konwersacji i już po chwili mogliśmy oddać się błogiemu kontemplowaniu widoków, modlitwie Godziną Czytań, a z czasem też spokojnemu snowi, gdyż wspólna podróż kończyła się w Spittal. Była to miejscowość oddalona o 30 km od Villach, czyli miejsca, w którym planowaliśmy przekroczyć granicę. Bóg znów się do nas uśmiechnął! Wysadzono przy zjeździe z autostrady, nieopodal stacji benzynowej. A że od dawna burczało nam w brzuchu (nie było dziś śniadania), zrobiliśmy sobie przerwę na obiad i trochę odpoczynku. Kupiliśmy też baterie do aparatu, bo ładowarka była zepsuta. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w świetnym miejscu i znów chwytając się metody „na różaniec” szybko złapiemy kolejną okazję. Było inaczej. Trzy godziny jakie przestaliśmy na poboczu zaowocowały… ciekawą opalenizną. Mieliśmy spieczone po pół twarzy, konkretnie: lewe pół twarzy, z ładną linią na nosie. A co! W pewnym momencie podszedł do nas pracownik stacji benzynowej i przyniósł dwie lodowato zimne butelki wody i dwie czapeczki Shella. Tylko dlaczego nie dał nam kremu do opalania? Kiedy w końcu wsiedliśmy do jakiegoś auta, marzyliśmy, by przejechać choć 10 km, byle dalej; przejechaliśmy aż do granicy. Kobieta siedząca za kierownicą nadłożyła ponad 30 km w jedną stronę by wysadzić nas na samym przejściu. Żegnamy Austrię, zachowując w sercu wspomnienie gościnności lilienfeldzkich mnichów, Mszę w Mariazell i wspaniałe górskie serpentyny.


Rozłożyliśmy się na stacji benzynowej. Było późno. Do domu daleko, do Rzymu też daleko. Słońce powoli nikło za horyzontem, a my oswajaliśmy się z myślą o całonocnej podróży. Mieliśmy świadomość, że będzie ciężko. Dokładnie przeanalizowaliśmy mapę i możliwe warianty drogi. Postanowiliśmy jeździć od stacji benzynowej do stacji i tylko poprzez bezpośrednią rozmowę szukać transportu. Przed Elizeuszem, który dobrze zna angielski stanęło trudne zadanie. Podchodził do kolejnych kierowców zatrzymujących się na tankowanie i pytał o podwózkę, Bruno w tym czasie odmawiał Zdrowaś za każdego rozmówcę. Po dłuższej chwili znalazło się małżeństwo, które zadeklarowało pomoc. Ona była w stanie błogosławionym! Wysadzili nas za Udine. Tam na parkingu spotkaliśmy wielu Polaków, prawie wszyscy to kierowcy tirów, którzy tylko nas zaniepokoili. Wytłumaczyli nam, że owszem – autostrada biegnie z północy na południe do samego Rzymu, ale mało kto jedzie taką odległość, bardzo trudno jest ominąć duże miasta, a stacje benzynowe są niestety już za nimi. Musieliśmy więc tak jechać, by wysiadać na stacji przed wielkim miastem, przejechać z kimś samo miasto i próbować łapać stopa dalej. Eh! Górale spod Zakopanego zawieźli nas na wysokość Wenecji. Kolejnym kierowcą był biegle mówiący po angielsku Słowak, z którym przejechaliśmy Padwę. Dzięki habitom znaleźliśmy księdza, który podrzucił nas kilkadziesiąt kilometrów, pod Ferrarę.


11.07.2011 poniedziałek


Jest 00.14 - w końcu pijemy dobrą, włoską kawę. Jemy coś. Zobaczymy co będzie dalej.


O 1.30 rozmawiamy z młodym małżeństwem. Kobieta w również w stanie błogosławionym! Błyskawicznie decydują się nas zabrać, wyglądają na wspaniałych, młodych ludzi. Wzbudzają nasze zaufanie, my chyba ich też. Przed nami ponad godzina jazdy, ustaliliśmy stację, na której chcemy wysiąść. Siedząc już w aucie postanowiliśmy się przespać. Nasze małżeństwo przycisza radio, byśmy mogli spać w ciszy! Są niesamowici! O 2.40 jesteśmy pod Florencją.


Dziś jest uroczystość św. Benedykta z Nursji. To człowiek, który dał solidne podstawy pod cały monastycyzm zachodni. Jesteśmy we Włoszech – kraju, w którym założył pierwsze opactwo, gdzie napisał regułę, która stała się drogą do osiągnięcia świętości dla setek tysięcy jego naśladowców. O 3.00 – jak mnisi przed wiekami odmawiamy Godzinę Czytań. Ta modlitwa dodaje nam mocy. Słowo Boże stało się bardzo wyraziste. Poprzez doświadczenia ostatnich dwóch dni i tej nocy odczytujemy poszczególne wersety bardzo osobiście – widząc w nich siebie, naszych bliskich i Boga; widząc nasze dziś i próbując dostrzec jutro. Niesamowite doświadczenie! Już po wschodzie słońca zatrzymaliśmy kolejne auto. Tirem przejechaliśmy Florencję i stanęliśmy na stacji 230 km przed Rzymem. Bruno optymistycznie stwierdza, że to prawie przedmieścia. Poranna toaleta była bardzo pożądana, tuż po niej podjęliśmy próbę przekonania kolejnych kierowców, że jesteśmy fajni i że o niczym innym właśnie nie marzą, jak spędzić z nami miłą podróż do Wiecznego Miasta. Nie dali się łatwo podejść! Pracownik stacji benzynowej poradził, by lepiej napisać kartkę „Roma” i stanąć przy wyjeździe, co skwapliwie uczyniliśmy. Nie minęły cztery dziesiątki różańca – zatrzymał się świetny wóz. Spodziewaliśmy się kolejnego kilkudziesięciokilometrowego etapu, jakie było nasze zaskoczenie, gdy dowiedzieliśmy się, ze jedziemy do samego Rzymu! Cieszyliśmy się przeogromnie! Elizeusz zajął się rozmową (robił to świetnie przez całą podróż), Bruno zaś robił co potrafił, by nie spać (i nie dać Eliemu okazji do docinek), ale nie wygrał. Potrzeba snu była silniejsza. Oczywiście, jak na wytrawnego autostopowicza przystało, obudził się w momencie, kiedy kierowca zaproponował zjazd na mocną kawę. A jakże! Przyjechaliśmy do Salarii, 10 kilometrów od centrum Rzymu; tam pracował nasz kierowca. Pożegnaliśmy się grzecznie, ciągle nie wierząc, że już jesteśmy u celu.


Blisko godzinę chodziliśmy w pełnym słońcu usiłując połapać się w komunikacji i dostać do centrum. Ona sama jest zorganizowana naprawdę bardzo dobrze, ale ma swoje minusy – na przykład biletu nie można kupić u kierowcy. Po różnych trudnościach i perypetiach ok. 15.00 dotarliśmy do mieszkania Magdy. Jest ona koleżanką Elizeusza jeszcze z czasów liceum, od pięciu lat studiuje prawo kanoniczne w Rzymie i pracuje w jednej z restauracji tuż przy Watykanie. Wylewne przywitanie, a potem upragniony prysznic. Nie miejsce tu by rozpisywać się o zaletach kąpieli po 30 godzinach bycia w drodze, niech wystarczy, że było to przeżycie wytęsknione, wspaniałe i przyniosło same korzyści! W kuchni nie królowały żadne mrożonki, ale wyśmienita włoska pasta, przygotowana przez naszą gospodynię. Po południu ruszyliśmy do centrum, by uczestniczyć w Eucharystii, wszak dziś uroczystość św. Benedykta. Ksiądz w kościele Ducha Świętego najwyraźniej czekał na nas, gdyż uderzył w dzwonki dokładnie w momencie, w którym zajęliśmy miejsce w ławce. To nic, że było już osiem minut po planowanej godzinie rozpoczęcia Mszy św. Panu Bogu najwyraźniej też zależało, byśmy uczestniczyli w pełnej Ofierze. Z serca wyrywała się pieśń dziękczynienia. Nie mogło być inaczej – jesteśmy u celu. Rzym nocą – to był plan pierwszego wieczoru w Wiecznym Mieście. Plac św. Piotra, Zamek Anioła, Kapitol, Plac Hiszpański ze słynnymi schodami, fontanna di Trevi, liczne małe uliczki, wiele mostów; aha! i pieczone kasztany – rewelacja. O 23.30 odebraliśmy Magdę z restauracji i z krótkim przystankiem po drodze dotarliśmy do mieszkania. Kompleta i do spania!


12.07.2011 wtorek


Obudził nas zapach kawy! Spaliśmy wyjątkowo długo – aż do 8.00. Śniadanie, kawka, rozmowy. Na 11.00 byliśmy umówieni na Watykanie z ks. Albertem Warso. Ten pochodzący z diecezji radomskiej kapłan pracuje w Kongregacji Nauki Wiary. Nieco spóźnieni wchodzimy po schodach kongregacji, na co ks. Albert z uśmiechem rzuca: „bracia, niejeden biskup drżał wchodząc po tych schodach”. Podczas kolejnej kawy, tym razem już w Kongregacji, poznajemy ciekawego człowieka - prałata ze Szwajcarii, z którym nawiązuje się interesująca rozmowa na temat Chrystusa, Europy i potrzeby ewangelizacji. Mówi, że on nie miałby odwagi jechać stopem taki szmat drogi, w dodatku w habicie. Kiedy próbował zdiagnozować chrześcijaństwo, przestrzegał przed wirusem laicyzacji, który według niego zainfekował Zachodnią Europę, i który – jak twierdzi – nie zna granic. Z rozbrajającą prostotą prosił nas – Polaków, młodych zakonników – byśmy „wgrali” Europie program antywirusowy. Była to bardzo budująca rozmowa. Szwajcar wyraził też przekonanie, że po takiej podróży autostopowej wszyscy powinni dostać zaliczenie z praktyk katechetycznych. Wynalazł nam też patrona – św. Filipa, który objaśniał święte teksty jadącemu dalej dworzaninowi. Umówiliśmy się z ks. Albertem ponownie ok. 15.00 i ruszyliśmy do św. Jana na Lateran.


Nieopodal bazyliki św. Jana jest kościół Świętego Krzyża – gdzie jeszcze niedawno byli cystersi. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że jest zamknięty do 14.30. Nie mogliśmy tyle czekać. Idąc wzdłuż historycznych murów dotarliśmy do celu. Naprzeciwko bazyliki laterańskiej stoi monumentalny pomnik przypominający moment, w którym św. Franciszek z Asyżu przybył do papieża prosić o zatwierdzenie reguły. Elizeusz nie mógł opuścić tego miejsca bez pamiątkowego zdjęcia. Zamiast stanąć „przed” pomnikiem, jak większość turystów, stanął na pomniku. Cóż, może dlatego, że jest pielgrzymem, a nie turystą? Ale zdjęcie wyszło świetnie! W progach bazyliki ukazał się znajomy brązowy habit, przepasany białym sznurem. Od słowa do słowa okazało się, że to Polak, o. Alojzy z prowincji św. Franciszka. Zwiedziliśmy „głowę i matkę wszystkich kościołów Rzymu i świata”, po czym zaproszono nas na obiad do przylegającego do niej klasztoru. Był tam też ojciec Honoriusz z prowincji katowickiej. Na samym obiedzie się nie skończyło: deser, kawa i lody, a potem zwiedzanie klasztoru. Dobrze wszędzie mieć „swoich”. Pospiesznie wsiadamy do metra i jedziemy na Plac św. Piotra, znowu spóźniamy się na spotkanie z ks. Albertem.


Bocznym wejściem wprowadza nas do Bazyliki św. Piotra. Serce chrześcijaństwa bije właśnie tam. Ks. Albert jest historykiem Kościoła, upewniając się, że kurs historii obaj mamy już za sobą, swoją opowieść o bazylice koncentruje na „smaczkach” i ciekawostkach. Wędrowanie z nim po największej świątyni chrześcijaństwa jest fascynującym przeżyciem. Schodzimy do podziemi. Tam, tuż przy Piotrze, otwieramy przed Panem swoje serca i powierzamy Mu wszelkie noszone w nich pragnienia. Dziesięć minut później wspinamy się krętymi schodami na kopułę bazyliki. Było warto z trzech powodów: (1) Bruno, zrzuci kilka gramów; (2) widok z góry zapiera dech w piersiach; (3) spotkaliśmy kilkoro Polaków. Ten trzeci powód nie wydaje się czymś nadzwyczajnym, ale jak się okazało spotkani wówczas ludzie stali się „naszymi Polakami” – tak ich potem nazywaliśmy. Była to rodzina z Poznania, która wypoczywa Ostii. Planowali powrót do kraju w piątek i mieli… dwa wolne miejsca! Obaj mieliśmy przekonanie, że trzeba się ich „trzymać”. Po zejściu z kopuły udało nam się jeszcze pojeździć trochę autem po Watykanie, zaś chwilę odpoczynku znaleźliśmy podczas pogawędki w mieszkaniu ks. Alberta. Jeszcze małe zakupy i metrem wracamy do mieszkania Magdy. Tam czeka na nas Agnieszka – doktorantka historii Kościoła. Wspólnie jemy kolację na balkonie i długo rozmawiamy. Niesamowity dzień dobiegł końca. Co przyniesie jutro?


13.07.2011 środa


Musieliśmy wstać wcześnie. O 7.15 była Msza św. przy grobie bł. Jana Pawła II. Przed 7.00 Plac św. Piotra jeszcze świeci pustkami. Wnętrze bazyliki nie przypomina tego z wczorajszego popołudnia. Jest prawie pusto, więc ogrom tej budowli jeszcze bardziej zachwyca. Eucharystia – ku naszemu zaskoczeniu – była sprawowana w języku polskim. Tym większa była nasza radość. Po Mszy szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę stacji metra, usiłując dostać się do jednego z biur na uniwersytecie Tor Vergata, w którym mieliśmy załatwić pewną sprawę. Cóż, biura nie znaleźliśmy, przez dwie godziny poznawaliśmy różne rodzaje transportu miejskiego, zaś nasze zdenerwowanie rosło w miarę kolejnych bezsensownie pokonywanych kilometrów i odwiedzanych miejsc, które okazywały się nie tym, którego szukaliśmy. Nieco zrezygnowani wróciliśmy do centrum, by o 11.30 wejść do ogrodów watykańskich. Od jakiegoś czasu nie jest to już proste, więc znów skorzystaliśmy ze znajomości z ks. Albertem. Jak się okazało jego podpis otwiera wiele drzwi.


W ogrodach naprawdę wypoczęliśmy, zeszło z nas napięcie związane z niezałatwioną sprawą. Pan wlał pokój w nasze serca, znalazł się czas na chwilę modlitwy, zamyślenia. Z ogrodów wysłaliśmy też SMS z pozdrowieniami do „naszych Polaków”. Przy wyjściu czekał na nas o. Polikarp Nowak OFM. Ten syn św. Franciszka od 23 lat pracuje w Wiecznym Mieście. Jest w wąskim gronie tłumaczy pracujących w Sekretariacie Stanu. Zabiera nas do siebie na Antonianum, gdzie wspólnie przyrządzamy obiad. Rozmowa z o. Polikarpem odpręża. U niego spędzamy czas największego upału. Obdarzeni kapłańskim błogosławieństwem ruszamy dalej. Kierunek – bazylika Matki Bożej Większej. „Jak dojść do ogrodów Watykańskich”? – rozlega się za nami krzyk. Odwracamy się, to „nasi Polacy” z Poznania. Potwierdzamy chęć wspólnego powrotu. Pokłoniliśmy się Matce Bożej, zawierzyliśmy naszych bliskich i odnowiliśmy nasze oddanie Niepokalanej. W bazylice Matki Bożej Nieustającej Pomocy uczestniczyliśmy w nabożeństwie ku Jej czci, odprawianym w każdą środę. Co ciekawe, byli na nim sami Polacy, zaś celebrującym był polski redemptorysta. Chyba nie daliśmy o sobie dobrego świadectwa. Bruno podczas nabożeństwa zasnął 3 razy, Eli był nieco gorszy w rankingu, udało mu się tylko dwa. Trzeba było się ratować – na pomoc przyszła podwójna kawa w pobliskiej restauracji. Wychodząc z kościoła natknęliśmy się znowu na „naszych Polaków”. To były i dla nas i dla nich mocne znaki, że powinniśmy wracać razem. Po kawie, kierując się w stronę centrum odwiedzaliśmy różne kościoły, by zatrzymać się w nich na chwilę modlitwy. Wychodząc z jednej z najstarszych bazylik Rzymu – kościoła św. Praksedy spotkaliśmy… kogo? Po raz trzeci dziś „naszych Polaków”. Nie było już wątpliwości – wracamy do Polski razem! Metrem dotarliśmy do mieszkania Magdy. Trzeba było się odświeżyć, przebrać i szybko znów do centrum. Wieczorem czekała nas kolacja w restauracji, w której pracuje Madzia. Nie powiedzieliśmy jej wcześniej o naszym planie, była więc mile zaskoczona.  Zaczekaliśmy aż skończy pracę i podobnie jak w poniedziałek, robiąc mały przystanek, by miłej atmosferze podsumować dzień, wróciliśmy na nocleg.


14.07.2011 czwartek


Ten dzień miał być szczególny. Kiedy Wieczne Miasto po kilku dniach nieco spowszedniało (czy to możliwe?), gdy pierwsze emocje opadły, a poszczególne place wydały się być znajome, postanowiliśmy pociągiem wyruszyć na północ. Z rzymskiego Termini o 7.43 odjeżdżał pociąg do Perugii. Obok nas siedziały dwie Polki ze swoimi małymi córeczkami. Do Elizeusza podszedł starszy mężczyzna, „O! będę wiedział gdzie wysiąść”. Czyżby cały wagon wysiadał w Asyżu?


Być w Mieście Pokoju to dla nas obu realizacja pewnego marzenia. Dla Elizeusza to oczywiste, kto zaś zna Brunona nieco lepiej, również nie będzie miał wątpliwości. Biedaczyna z Asyżu wywarł głęboki wpływ na Kościół średniowiecza i sprawił, że Bóg stał się człowiekowi bliski. Dziś możemy wędrować po jego śladach, to niezwykłe przeżycie. Kamienne mury, kościoły z włoskiego gotyku, wąskie uliczki i zapierające dech w piersiach widoki na dolinę – to w ciągu kilku godzin było nam dane i zostawiło swój ślad. Odwiedziliśmy katedrę św. Rufina, pozdrowiliśmy św. Klarę, potem jeszcze zobaczyliśmy inne kościoły, aż dotarliśmy do serca Asyżu – bazyliki św. Franciszka. Najpierw zachwyt, a następnie pokorna, długa modlitwa przy grobie Świętego.


Późnym popołudniem mieliśmy spotkać się z Trzema Towarzyszami – braćmi, którzy odpowiadają za formację w zakonie franciszkańskim. Elizeusz poznał ich kilka tygodni wcześniej, gdy odbywali wizytę w Polsce. Niestety, żaden z nich nie był w tym dniu w Asyżu. Pomodliliśmy się zatem w Porcjunkuli i dzięki życzliwości jednego z braci zagościliśmy na dłużej w klasztornej kuchni. Pełna jedzenia lodówka w minimalnej części zrekompensowała nieobecność Trzech Towarzyszy. Najedzeni i wypoczęci wyszliśmy z klasztoru, powoli kierując się w stronę dworca kolejowego. I kolejne zaskoczenie! Przed bazyliką siedzieli franciszkanie. Nie byłoby to w Asyżu nic dziwnego, gdyby nie fakt, że byli to bracia z Krakowa, których obaj doskonale znamy! Świat jest naprawdę mały. Uściski, rozmowa, pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej.


Wracając do Rzymu dowiedzieliśmy się, że „naszym Polakom” przydarzył się nieszczęśliwy wypadek. Pierwszy szok. W dodatku później nie mieliśmy możliwości kontaktu z nimi. Sytuacja zrobiła się trudna, bo wyjazd z nimi mieliśmy już dograny. A na dodatek w Asyżu spotkaliśmy grupę Polaków, która zadeklarowała chęć zabrania nas do Polski, ale plecak pozostał w Rzymie. Tyle razy podczas tej wędrówki przekonywaliśmy się, że Pan się o nas troszczy, że nie mogliśmy i teraz poddać się zwątpieniu. Pełna ufność, modlitwa i czekanie. Wróciliśmy do mieszkania Magdy i postanowiliśmy się dobrze wyspać, by były siły do autostopowej podróży, w razie gdyby planowany na jutro wyjazd z „naszymi Polakami” nie doszedł do skutku.


15.07.2011 piątek


Dziś św. Bonawentury – patrona naszej Alma Mater. Jutrznia, Godzina Czytań, staramy się nie tracić nadziei na wspólny wyjazd. I znów uśmiechnęło się do nas niebo! Rano udało nam się skontaktować z rodziną z Poznania. Jednak wracamy razem. Musimy tylko spotkać się w centrum, pomóc im znaleźć ambasadę, by mogli załatwić wszystkie formalności i jedziemy do Ostii, potem do Polski. Uff, to naprawdę radość! Spotykamy się na Termini, wspólnie jedziemy do ambasady, potem do konsulatu i wreszcie wsiadamy do pociągu do Ostii. Na szczęście udało się wszystko sprawnie załatwić. Nad morzem poznajemy pozostałą część rodziny. Wszyscy mamy świadomość, że to Pan skrzyżował nasze drogi, że w jakiś sposób byliśmy sobie tam wzajemnie potrzebni. Jemy coś pospiesznie, przepakowujemy się i kilka minut po 16.00 ruszamy w drogę do Polski.


16.07.2011 sobota

Kolejne 24 godziny jakie razem spędziliśmy było mocnym czasem. Nasze świadectwo, ich bezinteresowność, otwartość, radość – wszystko to nas ubogaciło. W czasie podróży nie brakło chwil trudnych, pełnych napięcia, ale i późniejszych, spontanicznych salw śmiechu, spojrzeń pełnych zrozumienia, zwyczajnych przejawów radości. Minęliśmy włoską granicę, potem Austria, Niemcy i w końcu Polska. Krótko po godzinie 16.00 wysiedliśmy na stacji benzynowej w Bolesławcu. 18 kilometrów od Lwówka Śląskiego, gdzie w domu rodzinnym Brunona jego mama czekała na nas z pierogami. I jak tu nie ufać? Pożegnanie z „naszymi Polakami” z Poznania było naprawdę wzruszające, podziękowaliśmy im z całego serca i zapewniliśmy o naszej pamięci i modlitwie. Jeszcze nie uściskaliśmy wszystkich do końca, jak na stację zajechał samochód ze znajomymi ze Lwówka…


Bogu niech będą dzięki!


Elizeusz OFM & Bruno OCist.
 
Strona główna   Cystersi   Opactwo   Parafia   Patriotyzm   Galeria   Polecane   Kontakt Projekt i wykonanie www.imoli.pl